| Słowa warte zamyślenia... |
|
"Zawsze jest dobry dzień kiedy otwierasz szczęśliwe oczy
" - KS.JAN TWARDOWSKI |
|
| Wydarzenia |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pi | So | Nie |
|
|
|
|
|
|
1 |
| 2 |
3 |
4 |
5 |
6 |
7 |
8 |
| 9 |
10 |
11 |
12 |
13 |
14 |
15 |
| 16 |
17 |
18 |
19 |
20 |
21 |
22 |
| 23 |
24 |
25 |
26 |
27 |
28 |
29 |
| 30 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| w 10 rocznicę powodzi- wpomnienie po latach /Lila/ |
Ponoć wspomnienia są najpiękniejsze... Słowa zapewne nie potrafią wyrazić wszystkiego, ale są wyznacznikiem pamięci o naszej historii o rzeczach małych i dużych - ważnych... Takiej ulewy nikt tu nie pamięta. Woda dosłownie lała się z nieba strumieniami i nie ma w tym żadnej przesady, ani metafory. Woda mająca dotąd łagodne, przyjazne i piękne oblicze - ukazała jak demon twarz agresywną, wrogą. Docierały do nas co prawda informacje typu: - Oberwanie chmury w Czechach - Powódź u sąsiadów zza południowej granicy -,ale nikt jakoś nie kojarzył ich z zagrożeniem.. Najpierw pojawiło się niedowierzanie: Powódź? U nas? Nie, to niemożliwe.. Później było zdumienie: a jednak. Niesamowite!
Pamiętam, jak większość mieszkańców naszej miejscowości, ten dzień, kiedy ona się zaczęła. Z niedowierzaniem patrzyliśmy na piętrzące się zwały wody. Strumień na co dzień lśniący w słońcu oszalał. Zmienił się w rwącą bestię...
Ale... może od początku. Dwupiętrowy budynek na zakręcie strumienia, w odległości kilku metrów od niego i osiem mieszkających w nim rodzin. Strumień łagodny, suchą nogą można przejść po kamieniach na drugą stronę. Szemrze delikatnie tuląc do snu spracowane myśli... Stosunki międzysąsiedzkie rodzinne, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Można by rzec istna sielanka.
Aż tu pewnego lipcowego popołudnia skwar nieba zasłoniły chmury,nadciągały z każdej strony niczym wojenna flota.. Z niedowierzaniem patrzyliśmy na zwały wody, które lały się z nieba i miast oczyszczenia, przynosiły strach i łzy... Strumień przybierał z godziny na godzinę... woda występowała z brzegów i zaczynała podtapiać sąsiednie posesje...
W nocy obudził nas łomot do drzwi, to ludzie, którym właśnie zawaliła się ściana podmytego domu, w górze wsi szukali schronienia i ratunku. To niemożliwe, to zły sen tłumaczyłam sobie.
Ale sen został spłoszony skutecznie, już nikt tej nocy nie zmrużył oka.
Rano, mąż jak co dzień pojechał do pracy. Dzieci jeszcze smacznie spały, ale już zaczął budzić się niepokój. Sąsiad zaczął filmować niesforny strumień. Co się z nim dzieje - zastanawialiśmy się wszyscy...
Następne dni, to był koszmar... Wszyscy chodziliśmy od okna do okna i z niedowierzaniem patrzyliśmy poprzez nawałnicę lejącą się z nieba na strumień. Wzrastał i przybierał. Już występował z brzegów, a za godzinę woda przelewała się przez barierki mostku, który był i już... go nie ma. Brudna, brązowo - szara masa wody pochłaniała wszystko co stanęło na jej drodze, przelewając się z hukiem, niosąc ze sobą głazy i mniejsze kamienie, siejąc grozę i zniszczenie..
Tłoczyliśmy się z sąsiadami przy drzwiach wejściowych, patrząc jak niesforna woda swoim brunatnym jęzorem obejmuje w posiadanie nasz dom i odcina nam dostęp do świata. Ale jeszcze nie zdawaliśmy sobie za bardzo sprawy z grozy sytuacji, nie docierało do nas, co się może zdarzyć...
-Dlaczego państwo tak stoicie i to z małymi dziećmi? - Głos komendanta Straży Pożarnej, który pojawił się nie wiadomo skąd, sprawił, że ogarnęła nas panika.
-Proszę zabrać dokumenty i opuścić dom! - Rozkaz bardziej niż prośba brzmiał jednoznacznie. - Opuścić dom... opuścić dom -... tłukło mi się po głowie,- Jak to opuścić????
Dzieci zaczęły pytać z płaczem - Czy możemy zabrać zabawki?
-Jakie zabawki? ...Nie miałam głowy do zabierania czegokolwiek. Próbowałam z uporem maniaka dodzwonić się do męża, ale telefony już nie działały. Mąż na szczęście jakimś cudem zdołał się do nas przedostać i zobaczyłam go w drzwiach domu. Razem z sąsiadami, przedzierając się przez zwały wody, które podcinały nogi tak, że dosłownie trudno było zrobić krok, jakoś wynieśliśmy dzieci... W domu pozostali mężczyźni, podjęci walkę z żywiołem...
Przygarnęła nas na tą krytyczną noc dobra dusza - pani Stasia. Jedna noc - tak wtedy myśleliśmy - jakoś przetrwamy... Pani Stasia zaparzyła kawę... dzieci poszły spać... Siedzieliśmy przy świecach i to nie dlatego, żeby było romantycznie, tylko z prozaicznej przyczyny, nie było prądu już od dnia poprzedniego...Nawet rozmawiać się nikomu nie chciało... Wpatrywaliśmy się w migocący płomień chyba z nadzieją, próbując znaleźć w nim odrobinę ciepła i otuchy. Nasza gospodyni zaczęła układać pasjans... Około pierwszej czy drugiej w nocy zdrzemnęłam się na chwilę. Nagle jak przez mgłę, bardziej wyczułam, niż zobaczyłam światła reflektorów w oknie. Pierwsza myśl jaka mi zaświtała to ta, że domu już nie ma... a nasi mężowie odjeżdżają samochodami, ratując się przed tym bezlitosnym żywiołem.
-Wstawaj?!.- szarpnęłam za ramię drzemiącą przyjaciółkę...
Narzuciłyśmy jakieś płaszcze i wybiegłyśmy w noc ciemną i okrutną. Polną dróżką dotarłyśmy pod nasz dom . Oddzielała nas od niego rwąca i hucząca masa wody i błota ... A w nim nasi mężowie walczący z niszczącą falą uderzeniową - o budynek, o nasze miejsce na ziemi, naszą przystań i oazę ... Krzyczałyśmy ile sił w płucach, ale nasze głosy unosiła ze sobą brązowo - szara bestia, chociaż odległość wynosiła nie więcej jak szerokość wiejskiej drogi czyli jakieś trzy , cztery metry. Siła żywiołu była bezlitosna.
Poranek dnia następnego pokazał już część zniszczeń. Na placu przed domem wśród zwałów wody zobaczyłam czyjąś lodówkę, pierwszą zdobycz strumienia... czyjeś auto - sprasowana w kostkę kupa złomu......z garażu zostały tylko drzwi donikąd...
Znów zjawili się strażacy ...
-Przyjechaliśmy wywieźć państwa z zagrożonych terenów...
-Wywieść?...a kto nas przywiezie? Kiedy ? - Takie myśli błąkały się mi po głowie...
Wsiadając do strażackiego samochodu miałam mieszane uczucia, a raczej byłam z nich kompletnie wyprana. Działałam jak robot pomagając synom wsiąść do strażackiego samochodu. Jaka frajda dla nich - przejażdżka takim samochodem ...Jadąc polnymi drogami, bo szosa była już nieprzejezdna od dawna, tuliłam dzieci i zastanawiałam się czy będę miała do czego i kogo wrócić... Łzy mieszały się z padającymi kroplami deszczu ...
Następne dni to gehenna...nie pamiętam ich dokładnie, jakieś fragmenty przebijają się jak przez mgłę ... znajomi, którzy nas przygarnęli,...zapuchnięte oczy, które z trudem ktoś życzliwy zakrapiał, czyżby ktoś nasypał mi w nie pisaku?...potem wyjazd do Czech bez paszportu, żeby powiadomić daleko mieszkających rodziców, że żyjemy, ... jacyś ludzie,którzy nam współczuli i próbowali podtrzymać na duchu, ..mężowie, którzy przywieźli jakieś ciuchy na przebranie, ...dzieci ciche i przygaszone, nie sprawiające kłopotu,...czyżby rozumiały grozę sytuacji? ...
I o ironio losu brak wody pitnej... Nie pamiętam dokładnie jak minęły te dwa czy trzy dni...
I wreszcie powrót... Czy ja aby na pewno wróciłam do domu?- Taka myśl zaświtała mi w głowie gdy ujrzałam to, co ujrzałam... miałam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie i na innej planecie...
Na placu przed budynkiem powitały nas zwały kamieni i piasku, powywalane drzewa, ... Po środku czegoś co dawniej było ulicą sączyła się jeszcze leniwie strużka wody. Domy oblepione błotem. Ogrody, tak pięknie, jeszcze przedwczoraj kwitnące, dziś zwalisko gruzów..., na brzegach strumienia niczym trofea wojenne jakieś deski, korzenie drzew, głazy i jeden Bóg raczy wiedzieć co jeszcze i ten dom ... który stracił jedną ze ścian... straszył widokiem jak otwarta paszcza nienażartej bestii, a w nim posłana wersalka, stół.. tylko ludzi brak...Nie wrócą już do swej przystani...
W słonecznej poświacie wyglądało to wszystko jak krajobraz istnie księżycowy...
Dowiedziałam się, że młody człowiek stracił życie próbując ratować mostek przed zniszczeniem.... Sąsiad usnął na siedząco nad kromką chleba... stosy mokrych ubrań walały się po całym mieszkaniu...zasypana była kotłownia i piwnice...
Ludzie wycieńczeni i przygaszeni...Opadające emocje sprawiły, że jedni płakali, inni złorzeczyli szacując straty, a na twarzach wszystkich malował się szok.
Czas płynął..Media nagłośniły to tragiczne wydarzenie, zaczęła nadchodzić pomoc...ale to już temat na następne opowiadanie
A strumień ...po raz kolejny zmienił swoje oblicze, przestał być żądnym krwi potworem...lśnił znów w słońcu ... wyładował już swój gniew.
W lipcu mija dziesiąta rocznica tych wydarzeń.. a pamięć o nich wciąż żywa tkwi w nas...
|
|
| Komentarze |
dnia 07 lipiec 2007 21:41:57
Przywołałaś me wspominienia Lilo... Wspomnienia tak mieszanych uczuć, jakie wtedy władały mą duszą. Z jednej strony wielka radość z odebranego, ciepłego jeszcze dyplomu magistra Uniwesytetu Śląskiego w Opolu, uczucie ulgi, że zdążyłam wyjechać stamtąd tuż, tuż - przed ropoczynającą się tragedią, a z drugiej lęk o pozostawionych przyjaciół, milczące telefony, brak kontaktu z nimi... Dziś w 10 rocznicę potrzebna była ta chwila zadumy. Dziękuję... |
dnia 09 lipiec 2007 12:11:35
Renatko dziękuję za ciepły komentarz... |
|
|
| Dodaj komentarz |
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|
|
| Logowanie |
Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem? Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.
Zapomniane hasło? Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
|
|
| Użytkowników Online |
Gości Online: 5
Brak Użytkowników Online
Zarejestrowanch Użytkowników: 37
Nieaktywowany Użytkownik: 0
Najnowszy Użytkownik: nemesis
|
|
|